Badania

1.

Książki, w powstawaniu których udział wzięła kadra kierunku

2.

Świętość pracy (fragment) – posłowie dra Bartosza Kuźniarza do książki Koniec teorii Terry’ego Eagletona:

Gdyby ktoś pokusił się o krótki przegląd ról, w jakich autorzy współczesnej lewicy obsadzają swego patriarchę, szybko okazałoby się, że o Marksie pisze się zasadniczo na dwa sposoby. W pierwszym wydaniu pełni on rolę czegoś na kształt intelektualnej maskotki, naszywki na rękawie wojskowej kurtki wkładanej przez zbuntowaną młodzież przed wyjściem na wieczorną manifestację. W tym wcieleniu Marks służy za luźny ekwiwalent niepokornego ducha, a marksistowskie staje się niemal wszystko, co wykazuje choćby mętny związek z pomocą słabszym, sprawiedliwością społeczną i „postępowym klimatem”. Tego postmarksistowskiego i pozbawionego realnej substancji Marksa, zwolennika aborcji, filozofii w szkole i budowy spalarni śmieci, należy zdecydowanie odróżnić od Marksa w wersji hardcore, materialistycznego autora teorii walki klas, koncepcji dyktatury proletariatu, postulatu zniesienia własności prywatnej i żelaznego prawa konieczności historycznej.
W Dlaczego Marks miał rację Terry Eagleton, zgodnie z założeniami swojej książki – „(…) nie mówię wiele na temat marksizmu jako moralnej i kulturowej krytyki. Takie zarzuty zwykle nie padają pod jego adresem, więc zajmowanie się tym tematem wykraczałoby poza ramy mojego tekstu” – wydaje się bliższy obrońcom czystości doktryny niż tym, dla których Marks stanowi globalny symbol sprzeciwu wobec zła i marności tego świata. Pod wieloma względami to rygorystyczne stanowisko jest nieuniknione. Pozbywając się materializmu, dialektyki, walki klas, dyktatury proletariatu czy koncepcji sposobu produkcji, i kładąc nacisk wyłącznie na wątki etyczne, prędzej czy później do grona wybitnych marksistów będziemy musieli zaliczyć Robina Hooda, Janosika i Zbója Łamignata. Do tego dochodzi konwencja tekstu Eagletona. Pisząc książkę będącą jednocześnie apologią i popularnym wprowadzeniem do twórczości podziwianego przez siebie autora, ma się zwykle mocno związane ręce. W istocie, o czym warto pamiętać, brytyjski autor należy jednak do tego grona współczesnych marksistów, dla których Marks nie jest myślicielem etycznym wyłącznie na zasadzie dodatku do twardych ekonomiczno-społecznych analiz. Marks to dla niego przede wszystkim filozof-moralista, nowoczesny Arystoteles, kontynuujący etyczną tradycję Stagiryty, z czego wszakże „nie zawsze zdawał sobie (…) sprawę”. Co łączy autora Kapitału z Arystotelesem? Przede wszystkim podobne rozumienie natury ludzkiego szczęścia. „Moralność – wyjaśnia Eagleton – sprowadzała się dla Marksa w ostatecznym rachunku do kwestii przyjemności i zadowolenia z życia. Ale ponieważ nikt nie może przeżyć swojego życia w izolacji, w zakres etyki musi wejść polityka. Dokładnie tak samo myślał Arystoteles”.
Człowiek jest dla Arystotelesa istotą polityczną, zoon politikon. To coś więcej niż animal socialis, zwierzę społeczne, mimo że tak właśnie od czasów Tomasza z Akwinu brzmi standardowe łacińskie tłumaczenie Arystotelesowskiego pojęcia. W Kondycji ludzkiej Hannah Arendt pisze, że dokonane przez Tomasza „zastąpienie tego, co polityczne, tym, co społeczne, bardziej niż jakakolwiek opracowana teoria zdradza, do jakiego stopnia zagubione zostało pierwotne greckie rozumienie polityki” ( H. Arendt, Kondycja ludzka, przeł. A. Łagodzka, Fundacja Aletheia, Warszawa 2000, s. 28.). Nie ma w tym wielkiej przesady. Mówiąc „zwierzę polityczne”, dajemy do zrozumienia, że aby rozwinąć to, co w człowieku najbardziej pierwotne, należy zapewnić mu realny wpływ na kształt otaczającej go wspólnoty. Polityka jest ludzkiemu zwierzęciu niezbędna, aby nie zatrzymało się ono na jakimś wczesnym, larwalnym stadium rozwoju. Nie wystarczy człowieka uspołecznić, wrzucić między ludzi i pozwolić im kształtować jego odruchy, dążenia i myśli. Przeciwieństwem istoty ludzkiej godnej tego miana nie jest wyłącznie dzikie dziecko wychowane z dala od innych przedstawicieli naszego gatunku, lecz również osoba prywatna (od łacińskiego privatio, oznaczającego brak lub nieobecność) bądź grecki idiota (od greckiego idios, przymiotnika wskazującego na separację lub odrębność), a więc ktoś skupiony bez reszty na życiu domowym i nieangażujący się w sprawy ważne dla wspólnoty. Prywatność i zacisze domowe, zupełnie inaczej niż teraz, kojarzyły się starożytnym z brakiem i wykluczeniem. Prawdziwe życie toczyło się na agorze i forum, a także podczas posiedzeń Zgromadzenia Ludowego i Senatu, gdzie uprawiano szlachetny agon, spierając się i podejmując decyzje dotyczące sposobu urządzenia państwa. (…)

3.

Myśliciele na XXI wiek – sylwetki wybitnych współczesnych filozofów pióra dra Bartosza Kuźniarza: